środa, 28 grudnia 2016

Kolor twoich oczu - kolor trzeci;

„Samotność to dziwna rzecz.” — Tahereh Mafi

«»

Poniedziałki były codziennością.
Trochę to śmieszne, zważywszy, że każdy dzień jest jak rutyna, jednak poniedziałki pozwalały mi uwierzyć, że zaczyna się nowy tydzień.
Już od samego rana krzątałem się po gabinecie. Mimo że miałem na dziewiątą, przychodziłem o godzinę wcześniej, by uporządkować biurko, które i tak pewnie zapełni się przez cały dzień różnymi kartkami, które posegreguję i tak następnego dnia. Moje małe przyzwyczajenie, którego nie umiałem się pozbyć.
Przede wszystkim zmieniłem kwiaty.
Zaparzyłem sobie kawy i zanim dopiłem ostatni łyk, do mojego gabinetu wszedł nowy pacjent. Miałem ustaloną ilość przyjęć, nie było dużo osób, bo nie wyrobiłbym się z czasem, a wolałem mieć go więcej na rozmowy niż na rozmowy, które nie będę miały sensu, jeżeli poświęcę im tylko godzinę. Czasem nie zgadzało się to z przepisami, ale wolałem dać otuchę tym ludziom niż przytaknąć głową i odesłać ich do domu.
Lubiłem rozmawiać, naprawdę. W moim zawodzie nauczyłem się też słuchać, choć od zawsze lubiłem siadać na tyłku i wytężać słuch. Przydało mi to się na studiach nie raz i nie dwa. Teraz też, kiedy zdobyłem też pracę.
Czas szybko mi leciał. Ludzie wchodzili i wychodzili, jedni z łzami w kącikach, drudzy nieco mniej pochmurni, ale wiem, że w każdym z ich sercu, tkwi drzazga i moim zadaniem jest ją usunąć, albo pomóc ją wypchnąć.
Tak jak się spodziewałem, Lora przyszła. Wiem, że to nieodpowiednie z mojej strony, ale nie chciałem jej na swoich wizytach, ale uparła się jak nigdy wcześniej na mnie i nie mogłem jej zmusić na zmianę terapeuty. 
Mówiła. Słuchałem jej uważnie, zupełnie ignorując inne wydźwięki jej wypowiedzi. Chciałem się tylko skupić na jej problemach, a nie na dwuznacznych zdaniach, które wypowiadała bez skrępowania. Denerwowała mnie, jednak nic nie mówiłem.
Doszła do takiego momentu, że się rozpłakała. Cierpliwie czekałem aż się uspokoi i zacznie kontynuować.
Wiem, że naprawdę to podłe z mojej strony, ale miałem jej serdecznie dość. Mówiłem i tłumaczyłem jej, że nie będę w stanie jej pomóc, bo sam mam problemy z przeszłością to się uparła jak kozioł w kapuście, a ja nie miałem głowy ani serca jej pomóc.
Jej problem był nieco denny, bo znalem ja nie od dziś i nigdy nie była blisko z Minyun, więc dlaczego robiła takie przedstawienia? Czemu to ja najbardziej na tym cierpiałem? Wiem, nie powinno mnie to w żaden sposób interesować, ale do jasnej cholery, też byłem człowiekiem i miałem granice, ale Lora była zbyt uparta i egoistyczna, by zauważyć, że naprawdę nie chcę tego ciągnąć.
— Dlaczego nie bierzesz tabletek upajających, które ci przepisałem, hm? — zapytałem.
Wzruszyła ramionami, po czym wzięła kolejną chusteczkę z opakowania które postawiłem na biurku.
— Nie chcę się truć — przyznała.
Zacisnąłem palce na długopisie, mając szczerą ochotę wyjść stąd. Nie po to zapisuję leki, by ją otruć, do cholery.
— One są ziołowe, to raczej nie będziesz mieć problemów — mruknąłem. — Sądzę, że bezsenność też cię nie męczy, bo wyglądasz zbyt dobrze, by stwierdzić, że źle się czujesz.
Lora w pierwszej chwili wyglądała tak, jakby miała zamiar się na mnie rzucić, ale chyba w ostatniej chwili się powstrzymała.
— Bierz tabletki, one na pewno ci pomogą, a jak nie chcesz ich brać, kup sobie herbatę na bazie ziół i ją pij jak nie chcesz zatruwać sobie organizmu.
— Dlaczego taki jesteś? — zapytała rozżalona, przecierając chusteczką kąciki oczu.
— Jaki? — podparłem brodę na dłoniach. — Chcę ci pomóc, ale nie chcesz stosować się do moich zaleceń, to powiedz mi, jak mam ci pomóc? Poza tym — przerwałem na chwilę — mówiłem ci byś poszła do innego terapeuty. Nie jestem w stanie ci w pełni pomóc.
— Ale nie chce innego!
Westchnąłem głęboko, po czym opuściłem ręce.
— Bierz leki — powtórzyłem twardo. — I przychodź na sesję.
Doprawy, nie mogłem jej zrozumieć i chyba nie chciałem w to wnikać. Dobra, pomogę jej, ale niech nie liczy na cuda. Znałem swoje granice i niech liczy się z tym, że w pewnym momencie będę mieć dość.
Kiedy wyszła miałem ochotę czymś rzucić, bo moje nerwy nieco puszczały odkąd ponownie pojawiła się w moim życiu przeszłość, ale ciche pukanie w drzwi kazało mi się uspokoić, a moje opanowanie momentalnie wróciło.
— Proszę — zawołałem i cierpliwie poczekałem aż drzwi ponownie się otworzą i wpuszczą kolejnego pacjenta.
Do środka wtoczył się niepewnie Byun Baekhyun we własnej osobie, a ja skrzętnie zacząłem go obserwować. Widziałem go dopiero drugi raz, a miałem wrażenie, że się rozleci na moich oczach.
— Dzień dobry, panie Park — przywitał się cicho, a ja miałem wrażenie, że nawet jego głos jest niepewny.
Pod naporem mojego wzroku usiadł na krześle, a ja mogłem dogłębnie przyjrzeć się jego zmęczonej twarzy, która była przeraźliwie blada i chuda, a ogromne sińce pod oczami nie wróżyły niczego dobrego. Był kruszyną. Dosłownie i to mnie martwiło.
— Dzień dobry, Baekhyun — odpowiedziałem, rzucając okiem na jego kartę. Kolorowe karteczki nadal się tam znajdywały. — Więc słucham, jak minęły ci te dwa dni?
Chłopak zagryzł wargę i wcisnął dłonie pomiędzy swoje chude uda. Zrobiło mi się żal tego chłopaka, bo nie wyglądał najlepiej i wiem, że przez następne kilka miesięcy wcale lepiej nie będzie, ale ile musiało go to kosztować. Broń Boże, w życiu nie będę go oceniać, ale tylko utwierdzałem się w przekonaniu, że narkotyki czy inne równie paskudne używki, mogą zniszczyć życie.
— W miarę spokojnie — odezwał się, ale w jego głosie zawitała nuta niepewności.
Spojrzałem na niego nieco twardo i chyba to wyczuło, bo zaraz dodał:
— Nie wziąłem narkotyku. Sam się dziwie jak udało mi się to zrobić.
Zmarszczyłem brwi. Och, miał niesamowicie silną wolę, ale pytanie czy do dobrze, czy źle? To po części tłumaczyło jego wygląd, ale nie zmieniało to faktu, że wyglądał słabo.
Przeprowadziłem z nim wywiad, kiedy ostatnio brał i kilka ważnych rzeczy. Był niepewny o to rozumiałem. Niech będzie, ale chcę by był tylko szczery, wtedy na pewno mu pomogę.
Kiedy poprosiłem go o opowiedzenie swojej historii, widziałem, że zrobił się markotny i poruszyłem bolesny temat. Podłoże rodzinne. Świetnie. Najbliższa rodzina zgotowała mu piekło, jak podejrzewam.
— Moja historia jest głupia i niewarta opowiedzenia — wyrzucił rozżalony.
Pokręciłem głową.
— Mylisz się — zaprzeczyłem. — Każdy ma prawo opowiedzieć co go dręczy. Dlatego zamieniam się w słuch. Teraz najważniejszy jesteś ty.
Spojrzał gdzieś ponad moje ramię, a ja już wiedziałem, że to nie będzie takie proste.
Osobiście jako człowiek gardziłem ludźmi, którzy zachowywali się gorzej niż zwierzęta, a jeszcze bardziej, kiedy chodziło o dzieci. Nie rozumiałem i nie chciałem rozumieć ludzi, którzy zakładali rodziny po to, by się wyżyć.
Kiedy zaczął mówić, jego głos znów stał się cichy, a jego oczy przygasły.

«»


No, napełniłam się weną, kiedy poprawiłam Dotyki, więc napisałam trzeci rozdział, ale mam teraz zanik weny, więc wybaczcie. 

1 komentarz:

Theme by Ally | Panda Graphics | Credit x